Jak jest nad polskim morzem? Jak wszędzie na świecie!

Jak jest nad polskim morzem? Jak wszędzie na świecie!

Kilka dni temu natrafiłem na artykuł red. Krzysztofa Majaka, pt. „Młynarska i Terlikowska mają rację. Właśnie wróciłem znad morza i widziałem prawdziwą Polskę”. Z reguły nie wdaję się w polemikę z wielkomiejskimi ideolo-dziennikarzami. Tym razem nie mogłem się powstrzymać.

Nad morzem mieszkam od urodzenia. Mam więc ten komfort, że nie muszę nigdzie jechać, aby zobaczyć tę „prawdziwą Polskę” z artykułu red. Majaka. Mam ją na co dzień. Czasem obserwowanie jej sprawia mi przyjemność, czasem doprowadza do białej gorączki. Jak to w życiu.

Kilka dni spędzonych przez red. Majaka nad polskim morzem wystarczyło, aby sformułować tezę o wszechobecnym chamstwie, drobnomieszczaństwie i głupocie przybywających tu turystów.

Pozwolę sobie tę teorię skonfrontować z własnym doświadczeniem. Wynosi ono jakieś marne 20-parę pełnych sezonów turystycznych, więc nie może równać się z tym red. Majaka. Mimo wszystko mam nadzieję, że mój głos w tej sprawie okaże się czytelnikom przydatny.

***

Jeśli ktoś próbuje dogodzić wszystkim, to nie dogodzi nikomu. W Polsce mamy jedno morze i z pewnością nie jest to miejsce dla tych, którzy mają wygórowane oczekiwania. Dziś polskie kurorty nastawione są na taniochę oraz przaśną rozrywkę.Dlaczego? Bo właśnie to odpowiada przyjezdnym.

Czy można mieć pretensje, że stuletnie rybackie chaty są zasłonięte wypalonymi słońcem namiotami i budami z dykty? Że zamiast ryby prosto z kutra turyści zajadają się kebabami i pieczoną sprężyną z ziemniaka? Czy wreszcie można mieć pretensje, że na pomorskich deptakach słychać dziś disco polo i dźwięki cymbergaja zamiast szant? Moim zdaniem nie. Cytując klasyka – decyduje suweren.

Ciężko powiedzieć, co autor uważa za przaśną rozrywkę, ale obok koncertów disco-polo i dźwięków cymbergaja nad polskim morzem można obejrzeć pokazy wyścigów lotniczych Red Bull Air Race (Gdynia, 2015), wziąć udział w Międzynarodowym Letnim Festiwalu Kultury i Sztuki (Hel, corocznie), zobaczyć inscenizację D-Day (Hel, corocznie), posłuchać muzyki world podczas festiwalu Globaltica (Gdynia, corocznie). Dla każdego coś miłego. Można tak wymieniać w nieskończoność.

Odnalezienie tych wszystkich atrakcji rzeczywiście nie jest łatwe. Wymaga wpisania w wyszukiwarkę Google (www.google.pl) hasła „kalendarz imprez pomorze 2016” lub „atrakcje pomorze 2016”.

Jeśli chodzi o estetykę w przestrzeni publicznej – to oczywiście duży problem. Ale nie tylko w prawdziwej Polsce. Także w prawdziwych Włoszech (śmieci!), prawdziwej Czarnogórze, prawdziwej Chorwacji, prawdziwej Hiszpanii i dziesiątkach innych prawdziwych krajów położonych nad morzem.

Polskie kurorty są nastawione na masy – przestańmy się oszukiwać. Agata Młynarska miała rację pisząc o opasłych brzuchach, drogim i kiepskim jedzeniu oraz o wszechobecnym browarze. Tak wyglądają polskie wakacje w pigułce i nie ma co robić z tego powodu afery – to rzeczywistość.

Ach, wyobraźcie sobie za to typowy zagraniczny kurort: ludzie wyglądają, jakby wyszli spod dłuta Michała Anioła. Po sesyjce jogi popijają prosecco w blasku zachodzącego słońca. A w tle białe jachty kołyszą się delikatnie. Wycie mew kontrastuje z wirtuozerią Bacha czy Mozarta wydobywającą się ze stuletniego gramofonu. To jest dopiero świat, a nie ta śmierdząca fryturą Polska!

Dalej red. Majak pisze o Agacie Młynarskiej i Małgorzacie Terlikowskiej. Zarówno o jednej, jak i drugiej mam mgliste pojęcie, więc nie będę odnosił się do tych argumentów.

***

Ludzie, którzy chodzą z nagimi torsami po mieście, piją piwo i rzucają kur*ami na prawo i lewo robią dokładnie to, na co czekali cały rok. Przyjechali nad morze, aby się wyszaleć, a nie relaksować w czasie treningów jogi. Wielu z tych ludzi ma ciszę na co dzień w swoich miejscowościach, a odmianą jest dla nich właśnie to, że „się dzieje”.

Dojeżdżając codziennie do pracy, bacznie przyglądam się rejestracjom. Oczywiście nie prowadzę szczegółowych badań, ale w tym roku najbardziej rzucają się w oczy tablice-dwuliterówki z „W” (Warszawa), „Z” (Szczecin) i „C” (Bydgoszcz/Toruń) na przedzie. Byłem kilkakrotnie w każdym z tych miast – ciężko tam o ciszę.

Nie ma naturalnie sensu generalizowanie, to zostawiam red. Majakowi. Ludzie są różni. Na wsi czasem mądrzejsi niż w wielkim mieście. Czasem nie. Czasem rzucają kur*ami na prawo i lewo, czasem nie. Czasem robią to na rogu Nowego Światu, czasem na deptaku we Władysławowie, czasem na szosie w Starej Kiszewie. Czasem w ogóle.

W tym wszystkim jest tylko jedna zasada. Z pogranicza matematyki. Tam, gdzie jest dużo ludzi, statystycznie łatwiej usłyszeć jakąś zbłąkaną „kur*ę”. Niezależnie od miejsca na mapie.

***

Tak jak nie należy się dziwić ludziom z biedniejszych części kraju, których cieszą rządy PiS oraz 500+. Kto wie, ilu z nich właśnie teraz plażuje dzięki tym pieniądzom

[…]

Nad polskim morzem „kosi się” i oszczędza dosłownie na wszystkim. Niestrzeżony parking w okolicach kołobrzeskiego portu kosztował mnie 10 zł za pierwszą i po 5 zł za każdą kolejną godzinę. Opłata klimatyczna to aż 4 zł dziennie za dorosłego, i 2 zł za dziecko. Na ulicach za to możemy spotkać takie stojaki z odzysku. Widocznie nikomu to nie przeszkadza… To się nazywa szacunek do gości.

Jestem wielkim przeciwnikiem jakichkolwiek reform socjalnych. Nie możecie mi się dziwić – wychowałem się w rodzinie prowadzącej średnie przedsiębiorstwo, sam ceniłem sobie zawsze pracę własnych rąk i samodzielnie dochodzenie do celu. Na sprawę trzeba jednak patrzeć logicznie.

Program 500+ funkcjonuje od kwietnia. W wielu miejscach pieniądze zaczęły spływać nieterminowo. Pomijając już nawet ten fakt, kilka miesięcy dodatkowej wypłaty to odrobinę za mało, żeby zebrać dostateczną sumę na zabawę w miejscu, w którym „kosi się” na wszystkim. Każdy, kto był nad morzem, wie, że jest tu drogo. Pojedynczy nocleg kosztuje kilkaset złotych, do tego dochodzi koszt dojazdu, wyżywienia, ew. atrakcji. Dla wieloosobowej rodziny to wydatek rzędu przynajmniej kilku tysięcy złotych.

Nad polskie morze nie przyjeżdżają beneficjenci programu 500+. Jeszcze ich na to nie stać. Przyjeżdża przede wszystkim klasa średnia – pracownicy korporacji, średnich i dużych firm, przedsiębiorcy.

***

Gdy dotarłem na plażę, minąłem dwóch facetów – właśnie takich z brzuszkami, krótko ostrzyżonych i z obowiązkowym tribalem na ramieniu – taka moda. – Teraz ty stawiasz – rzucił jeden z nich. To kwintesencja polskiego plażowania, nawet tuż po 10:00 rano. Nie, to nie jest patologia, tylko norma, którą podtrzymują lokalne władze pozwalające na sprzedaż piwa nad samą wodą. Chłop nie kaktus, pić musi, a alkohol na polskiej plaży jest niemal tak oczywisty, jak parawan.

[…]

Polak wciąż woli poleżeć na plaży i dobrze zjeść, niż trochę się poruszać. Jeśli nas to dziwi, to mamy problem, a urlop to przecież nie kara.

W takiej Czarnogórze alkohol można pić legalnie w dowolnym miejscu o dowolnej porze. Ludzie oczywiście korzystają z tego przywileju. Także o 10:00. Nie wiem tylko, czy mają tribale na ramionach i krótkie włosy, nie przyglądałem się.

Co do sportu – mógłbym pisać o setkach biegaczy, triathlonistów, rowerzystów, rekordach frekwencji na darmowych zajęciach sportowych organizowanych przez MOSiRy, OSiRy czy GOKSiRy, ale co tam… Kilkadziesiąt kilometrów po ścieżce rowerowej wystarczy do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.

***

Spędzając kilka dni nad polskim morzem wpadłem na „genialny” (jak mi się początkowo wydawało) pomysł, aby otworzyć knajpę w stylu warszawskiej „Charlotte”. Taką, w której nie śmierdziałoby olejem, która nie miałaby wielkiego napisu „Lody, frytki, gofry, zapiekanki”, tylko skromne logo.

Zamiast piwa serwowano by tam Prosecco, podawano lody własnej produkcji, śniadania i obiady ze świeżej ryby. Po chwili stwierdziłem jednak, że to pomysł równie genialny, co sprzedaż płyt Zenka Martyniuka w czasie Festiwalu Chopinowskiego. Ludzie tego nie kupią.

Podobne do „Charlotte” restauracje nad morzem oczywiście są. Po raz kolejny odsyłam do wyszukiwarki Google (www.google.pl).

***

Jeśli komuś nie pasują takie atrakcje, niech lepiej zmieni plany wakacyjne. Nikt nie zmusza do jechania nad morze, a paździerzowe klimaty polskiego Pomorza z pewnością będą odczuwalne dla każdego, kto przyzwyczaił się do wielkomiejskiego sposobu postrzegania świata. Warszawa, Kraków, Gdańsk czy Poznań to nie cała Polska.

Czym jest wielkomiejski sposób postrzegania świata? Według pana Majaka najprawdopodobniej piciem prosseco zamiast piwa. Jedzeniem fikuśnych dań w modnych restauracjach. Uprawianiem jogi w drogich salach fitness. Jeżdżeniem na rowerze, koniecznie nowiutką Koną za 20k. Modną zaczeską. Hipsterskim binoklem. Szybkim mercedesem.

Nie mam zamiaru uogólniać, pisać, że warszawka to, warszawka tamto. Bufonadą, filisterstwem, ciasnotą umysłową i fatalnym warsztatem red. Krzysztof Majak przynosi wstyd tylko sobie. Oby jak najmniej takich dziennikarzy i takiego dziennikarstwa. Niezależnie od poglądów politycznych.

***

Wszystkie cytaty pochodzą z artykułu „Młynarska i Terlikowska mają rację. Właśnie wróciłem znad morza i widziałem prawdziwą Polskę” autorstwa p. Krzysztofa Majaka. Portal naTemat.pl.

Pisownia oryginalna, nie zdecydowałem się na poprawianie błędów zawodowego dziennikarza 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.